… z kluczykami!

To był jeden z tych dni, kiedy nic nie wychodzi tak, jak by się chciało. Wronek od samego rana był niezwykle marudny. Na wszystko reagował płaczem. Cały czas chciał być oprowadzany po domu za rączki. Nie bawił się samodzielnie W OGÓLE. Do południa siedziałam w piżamie czekając aż w końcu zaśnie i będę mogła się ogarnąć. Chwila odpoczynku i znowu to samo. Miałam dosyć.

W końcu po południu zdecydowałam się zabrać go na przejażdżkę samochodem, by przy okazji coś załatwić. To był moment. Zapięłam go od strony pasażera, kluczyki dla wygody położyłam na kokpicie. W lewej ręce trzymałam smoczek na pasku. Zazwyczaj w lewej ręce trzymam kluczyki. Zamykam „cypek”, zamykam drzwi i w tym momencie patrzę na swoją lewą rękę, w której zamiast kluczyków trzymam smoczek.

Widzę przez szybę kluczyki, widzę mojego synka. Jest tak blisko, a jednak tak daleko…

Pierwsza myśl: sąsiad! Już raz otworzył służbowy samochód mojego męża, to i z tym sobie poradzi. Pobiegłam sprintem. Nie ma go.

Koło ratunkowe: tata! Jest blacharzem, więc zna się na rzeczy. W ostateczności wybije szybę. Niestety mieszka po drugiej stronie miasta, ale trudno. Dzwonię i płaczę. Z bezsilności. Co ja narobiłam? Co ze mnie za matka?

Tata od razu wyruszył w drogę w naszym kierunku. W międzyczasie nie pokazuję się Wronkowi na oczy. Ze wstydu, ale też wiedziałam, że zacznie płakać, jak mnie zobaczy. Żebym tak chociaż mogła mu ten smoczek teleportować jakoś! Siedzę na masce, dzwonię do taty:

– Daleko jesteś?

– Zabieram narzędzia.

Wronek bawi się butami. Zdjął jednego, to bawi się tym butem. Nawet z czegoś się tam śmieje. Myślę sobie: „nieźle, cały dzień nie potrafię go niczym zająć, a tu wystarczyło go zamknąć w samochodzie i chłopak ma frajdę”. Jednak mi nie było do śmiechu. Później już było tylko gorzej. But mu spadł na ziemię i zaczęła się faza „mammamamma”… Telefon do taty:

– Daleko jesteś?

– Pod wiaduktem.

Jak długo jedzie się spod wiaduktu? 5 minut? 10? 15? Ile czasu zajmie tacie włamywanie się do naszego samochodu? Czy w tym czasie Wronek nie zacznie panicznie płakać i nie zachłyśnie się śliną? Czy mam pod ręką coś, czym w razie czego będę mogła wybić szybę?

Zaczęła się faza spokojnego płaczu. Siadam jeszcze raz na masce i bujam samochodem. Trochę się uspokoił, ale potem zaczęła się faza wycia. Nie wytrzymałam i pokazałam mu się.

– Jestem tutaj! Nie jesteś sam!

Pukam w szybę, rysuję kółeczka. Nic go nie uspokaja i ten jego żal w oczach… Chowam się i robię „akuku”, uśmiecham się przez łzy. Wronek też się uśmiecha, ale tylko przez chwilę. Zaraz znowu wyje. Już mam dzwonić do taty, ale zdążył przyjechać zanim „wykręciłam” numer. Włamywanie się do naszego auta zajęło może 3 minuty. W tym czasie Wronek z zainteresowaniem się przyglądał. Udało się.

Kiedy wzięłam go na ręce, zaczęłam przytulać, całować i… wąchać, nawet mój tata się wzruszył.

Ta sytuacja mogła by się w ogóle nie wydarzyć. Mogłam trzymać te kluczyki w lewej ręce, tak jak zawsze i nawet bym nie posmakowała tego uczucia bezsilności, porażki i złamanego serca. Ale stało się. Akcja trwała maksymalnie pół godziny, a w tym czasie dowiedziałam się, jak silna jest moja więź z synem. Jak wiele dla siebie znaczymy. Jak bardzo jest ode mnie zależny (na dzień dzisiejszy). Że jego marudzenie w ciągu dnia nie jest końcem świata. Że chcę go tulić, nosić, zabawiać.

Na przejażdżkę i tak pojechaliśmy, i załatwiłam to co miałam załatwić. W radiu leciało „I’m addicted to you”, a Wronek podśpiewywał sobie „aaaa” tak, jak to ostatnio często robi przy muzyce. Uśmiechał się na moje zaczepki. Wieczorem z radością kąpał się w wannie. On szybko zapomni(ał?) o tym, co się wydarzyło. Ja będę to pamiętać do końca życia.