Najbezpieczniej oczywiście byłoby nie publikować zdjęć dzieci w ogóle. To jest jasne jak słońce. Ale najbezpieczniej byłoby też nie publikować w sieci właściwie nic. A jeszcze bezpieczniej byłoby nie wychodzić z domu i obcym dzieci swoich nie pokazywać ;) Oczywiście żartuję, ale coś w tym jest.

Tylko, że z takim podejściem nie powinno być również dzieci w reklamach, w filmach, na billboardach, w czasopismach… I wtedy byłoby już trochę smutno. Dlatego ja nie jestem za tym, żeby dzieci z blogów, facebooków i instagramów zniknęły w ogóle. To, czy rodzic publikuje zdjęcia swoich dzieci, czy nie, to jest jego decyzja. Jeśli przedszkole czy szkoła będzie chciało opublikować zdjęcie dziecka na swojej stronie to też zapyta rodzica. Bo to on za tę sferę odpowiada. No, chyba że dziecko już jest na tyle duże, że samo o takich sprawach decyduje. Jeśli się wówczas nie zgodzi, to nie mamy nic do gadania i decyzję dziecka należy uszanować.

Najbardziej nie lubię, kiedy jakiś blog szczyci się poniekąd tym, że nie publikuje zdjęć swoich dzieci, a z treści bloga można tak naprawdę znacznie więcej o dziecku się dowiedzieć niż z ładnego zdjęcia uśmiechniętej buzi. Moim zdaniem większym zagrożeniem dla całej rodziny jest nadmierne upublicznianie swojej prywatności niż opublikowanie modowej sesji zdjęciowej z dziećmi w roli głównej. Taka sesja jest dla mnie jak oglądanie ładnego magazynu. Zbyt wiele się o samym dziecku nie dowiemy.

Jak wiecie, my z mężem postanowiliśmy publikować zdjęcia naszych dzieci na blogu (choć ostatnio trochę to okroiliśmy). Publikujemy też mały skrawek naszej prywatności. Staramy się jednak przestrzegać kilku zasad bezpieczeństwa i stwierdziłam, że może warto się nimi z Wami podzielić. Może komuś się przydadzą, a może kogoś przed czymś uchronią:

1. Staram się nie publikować zdjęć, z których jasno wynika moje miejsce zamieszkania.

Owszem, zdarza mi się publikować zdjęcia z okolic mojego miejsca zamieszkania, ale czasami robimy zdjęcia z zupełnie innych rejonów Bydgoszczy i w sumie do ogólnej informacji nie podaję gdzie dokładnie mieszkamy. Poza tym bardzo zwracam uwagę, by nie pokazywać widoku z mojego okna – widzę na wielu blogach, że blogerki nie zwracają na to uwagi i jeśli komuś by bardzo zależało dowiedzieć się, gdzie mieszkają, to taka osoba do tego dojdzie. Tak naprawdę nie wiemy, kto siedzi po drugiej stronie monitora i jakie ma zamiary, więc warto oszczędzić sobie nawet najmniejszego ryzyka jakichś nieprzyjemności.

2. Nie ujawniam na blogu, do którego przedszkola chodzi moje dziecko.

Dla mnie to jest jasne jak słońce, ale niestety nie każdy jest tego świadomy. Ostatnio przestałam nawet lajkować treści publikowane przez nasze przedszkole (choć i tak rzadko to robiłam). Mam w kręgu swoich znajomych  na Facebooku kilkaset osób i nie jestem w stanie sprawdzić, czy wszystkie te osoby mają zdrowe zmysły.

3. Staram się nie publikować zdjęć i filmików z naszych wyjść i wyjazdów w czasie rzeczywistym.

Jeśli chcę się pochwalić jakimś wyjazdem na InstaStory, to zapisuję sobie filmik na telefonie i publikuję go dopiero po powrocie do domu. Na InstaStory nie ma z tym takiego problemu jak na Snapchacie. W ten sposób nie daję potencjalnemu włamywaczowi (choć od razu uprzedzam, że u nas to by się nie dorobił :D ) na tacy informacji, że właśnie lecimy na tydzień na wakacje i ma spokojnych kilka dni na obrabowanie naszego mieszkania. Nawet jeśli jest to tylko koniec miasta – również się nie dowie. Ewentualnie zdziwi się, że dopiero co dałam znać, że jesteśmy poza granicami kraju, a zastanie nas na miejscu i z akcji nici.

4. Nie informuję o regularnościach naszego trybu życia.

No może co niektórzy bardziej uważni śledzący mogą się niektórych rzeczy domyślić, ale ogólnie staram się nie podawać takich informacji jak np.: w jakich godzinach i dniach mój mąż pracuje; kiedy przychodzi do nas gosposia (chciałabym); w jakie dni mamy zajęcia dodatkowe dla dzieci (z których nota bene jeszcze nie korzystamy) i co z tego wynika, nie ma nas wtedy w domu. Z podobnych powodów jak powyżej. Ja wiem, że ryzyko jest znikome, ale wolę dmuchać na zimne.

5. Nie publikuję zdjęć upokarzających moje dzieci oraz z ich nagością.

Na koniec zostawiłam sobie oczywistą oczywistość. Dla mnie jest to jasne i z tego co obserwuję w sieci, to raczej dla większości rodziców również. Kiedy jednak widzę zdjęcie, które dla mnie wygląda niesmacznie – np. dziewczynka leży rozkraczona w majteczkach, to zwracam takiej osobie uwagę. Być może ona nie widziała w tym nic złego. Ot, jej leżące dziecko, widok codzienny. Dla osoby postronnej takie rzeczy mogą się bardziej rzucać w oczy, więc moim zdaniem warto zwrócić uwagę, zanim zauważy je jakiś zboczeniec.

Poza tym uczulam Was również na to, by nie publikować zdjęć z uroczystości przedszkolnych z widocznymi buziami innych dzieci. Być może jest wśród nich dziecko rodzica, który jest przeczulony na tym punkcie i mocno sobie nie życzy jakiejkolwiek obecności w sieci. Czasami wynika to z wykonywanego zawodu lub życiowych doświadczeń. You never know.

Właściwie to te zasady kieruję nie tylko do osób publikujących zdjęcia swoich dzieci w internecie, ale każdego, kto w internecie swoją prywatnością się dzieli.