Nie zdążyłam jeszcze wam wspomnieć na blogu o pewnym nieprzyjemnym incydencie, który niedawno nas spotkał. Ninka złamała rączkę. To był pierwszy wypadek wśród moich dzieci, który wymagał od nas wizyty w szpitalu. To co tam zobaczyłam przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Niestety nie te pozytywne.

Złamanie było, można powiedzieć – małe. Wszystko stało się bardzo nagle i dosłownie metr od nas. Byliśmy u znajomych, gdzie dzieci bawiły się na podwórkowym placu zabaw, a Ninka dreptała sobie obok. Jak to na dziecko w tym wieku przystało, wszystko trzeba dotknąć, sprawdzić, przetestować. W pewnym momencie złapała obiema rączkami za składane nogi grilla i popchnęła go. Nogi złożyły się na jej paluszkach, a ona niefortunnie przewróciła się na niego łamiąc sobie kość tuż przy nadgarstku. Grill stał nieużywany, muszę tu was uspokoić. Gdyby był gorący, to pewnie każdy by na niego uważał, żeby żadne dziecko nie podchodziło.

Pojechaliśmy na izbę przyjęć do szpitala, żeby wykluczyć połamanie paluszków, bo tego baliśmy się najbardziej. To one najgorzej wyglądały. Nikt z nas się nie spodziewał, że złamanie będzie nieco wyżej. Złamanie małe, ale gips na całe ramię musiał być. Rozpacz matki nieunikniona. Jak to tak, moja mała grzeczna dziewczynka z takim gipsem? No ale niech was nie zwiodą te słodkie uśmiechy, Nina to trochę kamikaze jest. Wszędzie się wspina, wszystko musi sprawdzić, wejść w zakazane kąty. No i taki mamy efekt:

Processed with VSCO with hb1 preset

A właściwie to mieliśmy, bo gips Ninka miała tylko tydzień. W tym wieku na szczęście takie urazy szybko się goją. Po ponownym rentgenie lekarz ortopeda zdecydował, że już nie ma potrzeby zakładania szyny i mamy jedynie uważać, żeby za rączkę nie ciągnąć.

No właśnie – ortopeda… Na nim się chciałam przez chwilę zatrzymać.

Bo o ile pediatryczna izba przyjęć zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, o tyle poradnia ortopedyczna w tym samym szpitalu woła o pomstę do nieba i muszę o tym napisać. Taki temat nie powinien zostać przemilczany.

Żałuję, że na izbie przyjęć nie robiłam zdjęć. Postaram się wam jednak opisać jak to wyglądało: kolorowe ściany z namalowanymi postaciami z bajek, kolorowe stoliki, szafka w kształcie domku, a na jej półkach książeczki i różne gry. W rogu dyspenser z wodą i kubeczki. Dwa automaty z przekąskami i gorącymi napojami. W innym korytarzu pufy typu bean-bag. Personel miły, panie nie wyglądały na przepracowane, choć to już wieczór był. Pewnie zaczęły zmianę dopiero, ale i tak widać było, że z natury serce do dzieci mają. Tego się nie da podrobić. Ta cała obsługa to dla trzech-czterech pacjentów była. Pewnie czasami bywa, że i tam więcej osób czeka, ale raczej nie tyle, co do ortopedy.

A teraz, jak w tym samym szpitalu wygląda poradnia ortopedyczna, do której miałam się zgłosić na kontrolę po tygodniu?

IMG_2944

Na zdjęciu powyżej widzicie początek kolejki.

Na zdjęciu poniżej ciąg dalszy (większość osób siedzących przy przeciwległej ścianie czeka do tego samego lekarza):

IMG_2945

A tutaj kolejka się kończy:

IMG_2946

A! I jeszcze dodzwonienie się do rejestracji jest absolutnie niemożliwe. Dzwoniłam prawie 200 razy (mam te liczby podane na telefonie) przez dwa dni, aż w końcu męża przed pracą wysłałam, żeby osobiście nas zarejestrował.

„Poradnia ortopedyczna” – brzmi bardzo profesjonalnie. Ale dzieci przyjmuje tylko JEDEN lekarz! Jeden lekarz na kilkudziesięciu pacjentów, którzy przyjmowani są na zasadzie: proszę przyjść między 9 a 13. No to przyszłam o 10. Przede mną już czekała taka kolejka jak na zdjęciach, a po mnie doszło jeszcze wiele osób z dziećmi.

Miejsc siedzących jak na lekarstwo, duszny korytarz z obniżonym sufitem, a tam taka kolejka rodziców z dziećmi w różnym wieku czekających do jednego gabinetu. Przeraziłam się. Chciałam zbierać nogi w troki i z miejsca pojechać gdzieś prywatnie. Mąż mnie tylko odwiódł od tego pomysłu, bo zdjęcie RTG już tam było w komputerze. Zaklepałam sobie kolejkę i poszłam załatwiać sprawy – na poczcie paczkę wysłałam, odebrałam swoją zawrotną nagrodę w punkcie Lotto (trójkę skreśliłam, ha!), zrobiłam małe zakupy i wróciłyśmy na miejsce. Nina na szczęście zasnęła i pozostałe czekanie spędziłam z Instagramem.

Jedna pani mi poradziła, żebym przez zabiegowy weszła i spytała, czy z takim małym dzieckiem mogę wejść poza kolejką, ale wiecie co? Nie miałabym serca. Ninka to sobie w wózku grzecznie siedziała i obserwowała wszystkich, potem spała. A co mają zrobić mamy czekające z trzylatkami, z pięciolatkami? Przecież to nie jest możliwe, żeby przez 3-4 godziny takie dziecko w miejscu usiedziało i nie marudziło. Poza tym były też inne maluszki. Każdemu tak samo ciężko w tej kolejce się czekało.

I nie mam nawet żadnych sensownych wniosków z tego doświadczenia. Nie wiem, na kogo winę za ten stan rzeczy zrzucić. Wiem tylko, że tak to nie powinno wyglądać. Nie w XXI wieku i nie w kraju europejskim, któremu w teorii bliżej do zachodu jest niż do wschodu.

IMG_2950