Miałam 3 lata, gdy zaczęłam mówić. Rodzice zawsze mi mówili, że zaczęłam od razu mówić pełnymi zdaniami. Wtedy nie wierzyłam, a teraz to samo dzieje się z moim synem. Jeszcze w wakacje miał bardzo ograniczone słownictwo i swój własny słownik, który tylko ja rozumiałam i często byłam tłumaczem.

Ńko – policja

Wufa – wóz strażacki

Adila – karetka

Skąd takie nazewnictwo? Nie mam pojęcia. Do niedawna jednak były to słowa najczęściej przez Wronka wypowiadane w ciągu dnia. Dzisiaj na szczęście jest już „wóz skakacki”, „policia” i „kaletka”.

Długo martwiłam się bardzo, że coś jest nie tak. Większość jego rówieśników z naszego otoczenia wypowiadało się już pełnymi zdaniami, a my nadal byliśmy na etapie am-am i pa-pa. Najbardziej frustrujące było, gdy nasz jeszcze zbuntowany 2,5-latek o coś prosił, ale nie potrafił tego nazwać i zaczynał płakać. Niemoc i frustracja towarzyszyły mi codziennie. Nie da się tego opisać, bo już sama zapominam jak to jest. Próbowałam różnych rzeczy – ćwiczenia buzi i języka, sylabizowanie, zachęcałam do czytania książek. Ale to po prostu nie była jego pora.

Dopiero pójście do przedszkola okazało się przełomowe. Już po tygodniu adaptacyjnym słownik Wronka się wzbogacił. Po miesiącu postępy zauważyły też nauczycielki. Teraz, po 2 miesiącach Wronek potrafi powtórzyć prawie każde słowo i na każdym kroku zaskakuje nas tym, jak potrafi odmieniać, jak kombinuje, jakie słowa zna. Po prostu coś się w nim odblokowało i teraz mowa przychodzi sama. Nawet powoli zaczynamy się przekonywać, co to znaczy, kiedy dziecko mówi i pyta za dużo, że aż ma się tego czasami dość ;)

Wcześniej miałam opory przed wybraniem się do logopedy. Wszędzie czytałam, że powinno się już iść z dwulatkiem, jeśli mówi tylko kilka słów, że nie można zwlekać, ale ja czułam, że to jeszcze nie jest jego czas. Poczekałam więc na rozpoczęcie naszej przygody z przedszkolem i wtedy umówiłam się na spotkanie. Pani logopeda wprawdzie jeszcze nie miała czasu, by z Wronkiem w przedszkolu poćwiczyć, ale my, zachęceni postępami zabraliśmy się do pracy. Albo raczej do zabawy, bo absolutnie nie wywieram na synu presji, że musi robić postępy i ćwiczyć. Wybrałam temat, który najbardziej go interesuje – środki transportu. Sam domaga się zabawy z kartami. Kupiłam je przypadkiem na poczcie.

Ćwiczymy na różne sposoby. Przede wszystkim nazywamy obiekty na obrazkach, naśladujemy dźwięki, sylabizujemy, ćwiczymy pojedyncze głoski i zazwyczaj kończymy zabawę jakąś książką. O pojazdach oczywiście. Zainteresowanie książkami również przyszło samo. Warto zaznaczyć, że nie robimy tego według jakiegoś harmonogramu, nie odhaczamy sobie żadnych celów ani nie punktujemy postępów. Podchodzimy do tego raczej spontanicznie. Zaczynamy zabawę, kiedy któreś z nas ma na to ochotę. Często też ćwiczymy przy różnych codziennych, nieplanowanych sytuacjach. Bez spiny. Postępy widać gołym okiem, a przy tym po prostu spędzamy razem miło czas. Wronek lubi te nasze „ćwiczenia” i to jest chyba najważniejsze.

Jeśli chcecie, obejrzyjcie jak mniej więcej wygląda nasza praca nad mową Wronka. Pierwsza część filmu nagrana została na początku października, a druga na początku listopada. Myślę, że różnica jest bardzo widoczna.

Wpis  bierze udział w akcji Bliskopad 2016 – zajrzyjcie TUTAJ, żeby dowiedzieć się więcej :)