Wronkowy tata od roku cieszy się swoim wymarzonym sprzętem do odtwarzania muzyki. To on jest w naszym małżeństwie tym, który wybiera płytę i zagłusza ciszę dźwiękami. Zanim Wronek się urodził, sprzęt grał tylko wtedy, gdy Marcin był w domu. Jednak okazało się, że Wroniasty wdał się w tatę, zatem ja czuję obowiązek rozwijania w synu audiofilskiej pasji, gdy tata jest w pracy.

Obowiązek? Ba! To jest właściwie przymus i presja ze strony Wronka. Gdy tylko wynurzamy się o poranku z sypialni, jego wzrok idzie w kierunku mini wieży. A gdy zbliżamy się powoli w jej stronę, pojawia się szeroki uśmiech, słodkie dołeczki i ten błysk w oku. No jak tu odmówić, gdy dziecko używa takich narzędzi manipulacji? No nie da się. Naszym rytuałem stało się już włączanie jakiegoś przyjemnego utworku na rozpoczęcie dnia.

Jakby tego było mało Wronek chce słuchać muzyki tylko i wyłącznie „na opka”. No bo przecież prawdziwy  audiofil lubi słuchać muzyki na poziomie głośników, a nie z dołu. Ale muszę przyznać, że choć w siatce na 30. centylu się znajduje, to i tak ciężko go tak nosić pół dnia na rękach. Dzisiaj więc, wyjątkowo (ale coś czuję, że nie ostatni raz), posadziłam go w foteliku do karmienia. I tak sobie zadowolony słuchał machając nóżkami. A jak mu się znudziło, to jeszcze mu zaserwowałam prywatny koncercik z playbacka wraz ze spontanicznym układem tanecznym. Dodatkową atrakcję stanowił podskakujący bar mleczny. Jak dobrze, że za kilka lat nic z tego nie będzie pamiętał!

DSC_6440DSC_6459 DSC_6445 DSC_6451 DSC_6441bw DSC_6456

Skoro jesteśmy w temacie słuchania muzyki, muszę wam zdradzić pewną niewesołą ciekawostkę o Wronku. Odkąd WOŚP zafundował wszystkim porodówkom w Polsce sprzęt do badania słuchu, każde dziecko po porodzie ma sprawdzane uszka. Krótko po porodzie zabrali mi dziecko na badanie. Zaczęłam się martwić, gdy nieobecność synka się przedłużała. Narzuciłam więc na siebie szlafrok i wybrałam się na poszukiwania. Okazało się, że badanie „nie wyszło”. Na drugi dzień powtórka z rozrywki. Diagnoza – „szumy” na lewym uszku. Pocieszali mnie, że to pewnie wody płodowe zalegają.

W listopadzie udaliśmy się na kontrolę do poradni audiologicznej. Kiedy po tylu miesiącach nadal badanie „nie wychodzi” to już dla mnie przestaje być ciekawie. Badanie behawioralne – ok. Słyszy. Uff. Ale co z tym uchem? Nikt mi nie powiedział żadnych konkretów. Laryngolog oczyścił uszy i mieliśmy wrócić w styczniu. W styczniu zaś badanie „nie wyszło” na obu uszkach :( Pocieszam się faktem, że miał wtedy katar i to mogło mieć wpływ na narządy słuchu (i tak mi też powiedzieli). Powtórka w kwietniu. Jestem dobrej myśli, ale denerwuje mnie to, że nic nie mogę zrobić.

Najważniejsze jednak, że słyszy i gaworzy. Oby tylko nie miał jakiejś skłonności do infekcji w obrębie uszu. Oj,chciałabym mu oszczędzić wszystkich cierpień tego świata, tylko… czy jest to możliwe?