Moje życie kręci się dzisiaj wokół dzieci. To normalne, gdy ma się dwójkę małych dzieci. Czasami brakuje mi jednak tej wolności, którą miałam kiedyś – wolności w wykonywaniu codziennych czynności bez ciągłej obstawy.

Kiedyś jak miałam potrzebę skorzystania z łazienki, to przed nikim nie musiałam się z tego tłumaczyć, ani prosić o przepustkę. Miałam ochotę usiąść z kawą w ogródku? Siadałam. I jeśli nic nie miałam pilnego w planach, to mogłam nawet z zamkniętymi oczami posiedzieć, albo gapić się bez celu przed siebie.

Dzisiaj siadam na sofie z kubkiem kawy w ręku i mam to jak w banku, że za chwilę podejdzie do mnie jedno z dwóch, które będzie chciało usiąść mi na kolanach i kawę trzeba będzie odstawić. Albo pociągnie mnie za rękę, bo akurat też w bardzo pilnej sprawie musi mnie gdzieś zaprowadzić.

Kiedyś jak miałam ochotę pospać sobie dłużej, to co najwyżej się na uczelnię spóźniłam, albo urlop na żądanie zmarnowałam. Nikt mi jednak za karę po twarzy nie skakał. Ani kołdry z łóżka nie zdejmował krzycząc przy tym wniebogłosy.  I jeszcze jak tylko jedno krzyczy o 7 rano, to da się wytrzymać, ale jak oboje naraz?

Czasami najprostsze czynności sprawiają mi kłopot. Wzięcie prysznicu najlepiej mi wychodzi, gdy mąż jest w domu. Mogę wtedy nawet zakluczyć za sobą drzwi! Ceną jest jednak nasłuchiwanie płaczu jednego albo drugiego dziecka, bo bankowo akurat wtedy coś ktoś ode mnie chce.

I kiedy jestem już na dnie i wydaje mi się, że więcej nie zniosę natykam się na status mojej znajomej na Facebooku. Jak to jej ciężko, bo dzieci pierwszy raz na kolonie pojechały. Że wstawać jej się rano nie chce, bo nie ma celu. Nie chce jej się. Że tylko czeka aż wrócą, żeby sens jej życia wrócił.

I wtedy z jednej strony myślę sobie „Ona ma gorzej! To ja już wolę do łazienki z moją obstawą chodzić i kawę pić na raty”.

A z drugiej rozum dochodzi do głosu i myślę, co by tu ze swoim życiem zrobić, żeby będąc kiedyś na jej miejscu umieć się tą wolnością na nowo cieszyć…