No dobra, w 3 dni. No dobra – w tydzień. Albo raczej… w miesiąc!

Zrobiłam podstawowy błąd w tej kwestii. Przegapiłam dobry moment na zapoznawanie Wronka z nocnikiem. Nie nauczyłam go odpowiednio wcześnie nawet siadać na nocnik. Z tym że wtedy, kiedy moim zdaniem był ten dobry moment, to ja akurat byłam w ciąży i ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę było schylanie się przy nocniku i ewentualne wąchanie jego zawartości…

Później urodziła się Ninka i nie miałam na to siły ani czasu. A później Ninka skończyła 2 miesiące, drugie urodziny Wronka zbliżały się wielkimi krokami i postanowiłam – trzeba się za te sprawy zabrać! I tak zabrałam się i w zasadzie w ciągu jednego dnia nauczyłam go sikać do nocnika.

Łatwo nie było, bo przecież nocnik parzył. Misja „nocnik” wydawała mi się impossible! Kiedy tak zmagałam się z tymi sprawami przypomniało mi się, jak moja mama uczyła mnie prowadzić samochód na osiedlowych ulicach (tylko ciii!). Jej też wydawało się takie odległe, kiedy ja zacznę dobrze jeździć. Dzisiaj mija 12 lat (szok) od mojego egzaminu, jeżdżę naprawdę nieźle i mam już sporo tysięcy kilometrów na koncie. Uchwyciłam się tej myśli i powtarzałam sobie, że przecież Wronek musi się nauczyć i za kilka miesięcy będzie całkowicie samodzielny w tej kwestii. Trzeba mu tylko poświęcić trochę czasu, uwagi i cierpliwości, jak wtedy za kółkiem moja mama poświęcała się dla mnie.

Jeśli też jesteście w podobnej sytuacji, że nocnik parzy, powiem wam jak ja to zrobiłam. Ninką zajęła się moja mama, a ja zamknęłam się z Wronkiem w sypialni, plus w jego pokoju zwinęłam dywan i w tych dwóch pomieszczeniach bawiliśmy się cały ranek. Mały chodził bez pampersa, a ja obserwowałam i czekałam, kiedy zachce mu się siusiu. W końcu przecież musiało mu się zachcieć. Nie zostawiłam go na krok, nie gapiłam się w telefon, tylko się bawiliśmy, a nocnik miałam pod ręką. Kiedy zaczął w końcu siusiać po prostu chwyciłam za nocnik i złapałam to co miałam złapać w locie. Wronek był zaskoczony, ale sam zdecydował dokończyć siusiu do nocnika. I to był ten pierwszy sukces.

Mamy nocnik z IKEI, z wyjmowaną wkładką, co bardzo pomogło w nauce siusiania, początkowo na stojąco. Wystarczyło podstawić tę zieloną wkładkę. Zabieramy ją też ze sobą na różne wyjścia.

lockig-nocnik-bia-y__0185029_PE336859_S4

Od tamtej chwili nie zakładam Wronkowi pampersa w ciągu dnia. Na dzienną drzemkę zakładam jedynie wielorazówkę, która zazwyczaj i tak jest sucha.

Kolejnym krokiem było nauczenie siusiania na siedząco, co okazało się konieczne, by potrafił w pełni samodzielnie się obsłużyć.

Przez pierwsze trzy dni trzeba go było cały czas pilnować, w kolejne dni już sam pamiętał i wpadki praktycznie nie miały miejsca, a teraz po prostu utrwalamy nawyk.

A co z wyjściami poza dom?

Na wyjścia mamy majtki treningowe (o TAKIE), które są super i polecam każdemu. Dziecko czuje się w nich jak w normalnych majtkach, ale jednak mają one cienką warstwę chłonącą na wypadek wpadki i dodatkowo nie przepuszczają wilgoci na zewnątrz.

DSC_8233 DSC_8234

Całkowitym odpieluchowaniem jednak bym tego nie nazwała, bowiem nadal mamy problem z „dwójką”, o czym się rozwodzić nie będę. No i nadal najlepiej Wronkowi idzie bieganie w stroju Adama, bo w gatkach zdarza mu się zapomnieć. Ale ja i tak jestem z siebie i z niego dumna, bo nasza mission impossible jest już prawie complete i to znacznie szybciej niż się spodziewałam.

* * *

 

Majtki treningowe polecam STĄD